poniedziałek, 14 listopada 2016

BONUS: 15 faktów z życia państwa Schlierenzauer

Witajcie moi drodzy, wrzucam wam coś, co powstało w przypływie impulsu: w środku nocy ładnych kilka miesięcy temu.

Fakty z małżeństwa państwa Schlierenzauer:

1.     Pierwszy poważny kryzys w ich pożyciu pojawił się w momencie zajścia Wiktorii w ciążę. Kobieta nigdy do końca nie wyleczyła się z nienawiści do małych dzieci, co spowodowało, że trud wychowania praktycznie w całości spoczął na skoczku.
2.     Kolejna tragedia, która mogła się nawet zakończyć rozwodem, spowodowana była przez Gregora, który (nigdy nie wyleczając się całkowicie ze swojej psychozy), zaczął podejrzewać, że Wiktoria go zdradza, gdy ten jeździ na zawody.
3.     Ostatni już ciężki okres mieli wówczas, gdy Wiktoria rodząc już trzecie dziecko, zagroziła Gregorowi, że już nigdy więcej nie będą uprawiali seksu, aby tylko nie ryzykować poczęcia kolejnego dziecka. Wtedy to Gregor zaczął pisać pozew, a Wiktoria spała na kanapie przez prawie trzy miesiące.
4.     Gregor do końca życia miewał koszmary, omamy słuchowe oraz wzrokowe, zdarzało mu się również tracić świadomość.
5.     Gregor kontynuował karierę skoczka do 35 roku życia, udało mu się w tym czasie zdobyć upragniony medal olimpijski.
6.     W późniejszym okresie został trenerem austriackiej kadry narodowej.
7.     Nigdy nie osiągnął większego sukcesu w fotografii, ale za to udało mu się zarobić całkiem niezłą sumkę w branży projektanta.
8.     Wiktoria w późniejszym czasie znów zaczęła pracować w redakcji magazynu sportowego i kochała tę robotę.
9.     Gregor, który do tej pory kochał przede wszystkim robić zdjęcia naturze, pokochał uwiecznianie na fotografiach członków własnej rodziny.
10.  Kiedy Wiktoria ugotowała obiad, szatyn przyrzekł sobie nie wziąć już do ust niczego, co wyszło spod jej ręki. Dzieci całkowicie się z nim zgadzały.
11.  Wiktoria w przypływie pierwotnych, głęboko ukrytych instynktów macierzyńskich czytała dzieciom bajki na dobranoc i razem z nimi malowała.
12.  To Wiktoria musiała uświadomić trójkę swoich dzieci na temat seksu, ponieważ tatuś jakoś miał opory.
13.  Wiktoria od razu złapała świetny kontakt z mamą Gregora oraz z jego młodszym bratem Lucasem. Ojciec natomiast wyraźnie jej nie trawił, natomiast z Glorią pozostały na neutralnej stopie.
14.  Cała trójka ich pociech nauczyła się bardzo dobrze trzech języków: polskiego, niemieckiego oraz angielskiego.

15.  Gregor do samego końca uważał Wiktorię za kobietę swojego życia i nigdy nie przestał jej kochać.

środa, 22 czerwca 2016

Epilog

ROK 2035
Styczeń

Odwróciłam się tylko na chwilę, ale to wystarczyło, aby stracić go z oczu. Zawody już się skończyły, ostatni kibice opuszczali trybuny Insbrucka, a ja spoglądając w miejsce, gdzie ostatni raz go widziałam, ujrzałam jedynie pustą przestrzeń.
— Dymitr! Dymitr! – zawołałam, rozglądając się dookoła, ale wątpiłam, że chłopak wróci. Bardzo często ode mnie uciekał. Nie było wątpliwości, że mój własny syn zwyczajnie mnie nie lubił.
Tak, miałam syna. Właściwie to posiadałam trójkę dzieci. Wszystkie z przypadku i każde było niechciane przeze mnie. Gregor bardzo się cieszył, a, ja wtedy mogłam jedynie wyć i modlić się, że wynik na teście ciążowym jest zwyczajną pomyłką. Kochaliśmy się bardzo często, przez co ryzyko ciąży było wysokie, mimo zabezpieczeń jakie stosowałam. Usunąć nie pozwolił mi nigdy.
Chłopak miał teraz szesnaście lat i był najstarszym z niewątpliwych pociech Gregora. Byłam szczęśliwa, że zaszłam w ciążę dopiero cztery lata po ślubie, mogąc się nacieszyć względnym spokojem.
Ostatni raz rozejrzałam się wokół, po czym udałam się na poszukiwania Dymitra. Jego ucieczki zbytnio mnie nie martwiły, unikał ze mną kontaktu niemal od zawsze i nawet zaraz po porodzie, jak trzymałam go na rękach, to darł się w niebogłosy.
U taty zawsze się śmiał.
Wszystkie dzieci kochały Gregora, wprost szalały za nim i nic nie wskazywało na to, żeby miało się to zmienić. Dymitr, Roza i Christian świata poza nim nie widzieli. Fakt ten wyjątkowo mnie ciszył, ponieważ nie musiałam się zbytnio angażować w ich wychowanie. Skoro lgnęły do ojca, to ja nie miałam zamiaru czegokolwiek zmieniać.
Przez te lata poznałam swoje dzieci na tyle, żeby wiedzieć, iż zawsze ich kroki zmierzają w kierunku ojca. Wzięłam więc głęboki oddech, udając się żwawym krokiem na gniazdo trenerskie.
Tak, mój mąż był trenerem austriackiej kadry narodowej już ósmy sezon z rzędu. Sam zakończył karierę mając trzydzieści sześć lat i wygrał w końcu igrzyska olimpijskie. Austria znów powróciła na szczyt, a młoda krew pozwalała żywić nadzieję, że ta ciągłość zostanie utrzymana na jeszcze długi czas.
Włożyłam ręce do kieszeni kurtki, było dziś wyjątkowo zimno. Śnieg uspokajająco skrzypiał pod moimi butami, a ja mijałam kolejnych ludzi, rozglądając się za nastolatkiem. Nie zdążył dojść do celu, zanim go dogoniłam.
— Mógłbyś chociaż powiedzieć, że idziesz do ojca – warknęłam. – Gdyby coś ci się stało, chybaby mnie zamordował.
— Dobrze wiedziałaś gdzie idę – odburknął. – Nie jestem już dzieckiem i wcale nie mam ochoty z tobą przebywać.
Słowa moich dzieci nigdy nie sprawiały bólu. Sama nie czułam z nimi żadnej emocjonalnej więzi. Żadne z nich nie było ani rodzone naturalnie, ani karmione moją piersią. Rodzenie już czwartego dziecka w ten sposób (był jeszcze Milo), okazało się dla mnie bardzo ryzykowne i lekarz zabronił posiadania większej ilości bachorków ku mojej uciesze.
— Słuchaj, nie musimy sobie słodzić, ale gdy nie ma przy tobie ojca mógłbyś chociaż udawać, że jesteś pod moją opieką. Ojciec byłby spokojniejszy.
— Może na następnym konkursie – pokiwał głową.
Dotarcie na miejsce nie zajęło nam zbyt dużo czasu. Ochroniarze rozpoznając nasze twarze, wpuścili nas bez słowa. Gregor stał tam pośród innych trenerów oraz pracowników kadry austriackiej. Dostrzegając nas, uśmiechnął się wesoło.
Dalej był atrakcyjnym mężczyzną, mimo ukończenia w tym roku czterdziestu pięciu lat. Posiadał niewielkie zmarszczki, które pogłębiały się przy uśmiechu, ale w mojej opinii, to jedynie dodawało mu uroku. Brązowe włosy poprzetykane pasmami siwizny nie odjęły mu absolutnie nic, a pod skórą dalej rysowały się starannie wyrzeźbione mięśnie. To co pozostało w nim niezmienne mimo upływu czasu, to uśmiech oraz spojrzenie – dalej tak samo żywe, zadziorne i figlarne, gdy na mnie patrzył. Gdy z kolei spoglądał na dzieci, wyglądał na człowieka, który posiada cały świat u swoich stóp. W tych chwilach nie żałowałam, że dałam mu dzieci. Mogłam nie posiadać z nimi więzi, ale świadomość, że uszczęśliwiłam mężczyznę, za którym szalałam, dawała mi ogromną przyjemność.
— Ten konkurs był niesamowity tato, nieźle ich szkolisz – Dymitr z uśmiechem podbiegł do ojca, po czym przybili sobie piątkę.
Pozostali ludzie, spojrzeli na nas z zaciekawieniem, a ja poczułam się zawstydzona, witając się z nimi lekkim skinieniem głowy. Niektórzy zaczęli również opuszczać gniazdo trenerskie. Nie dało się ukryć, że byli szczęśliwi. Dzisiejszy konkurs wygrał młody dziewiętnastoletni Austriak Thomas Hoffer.
— Witaj trenerze – powiedziałam z uśmiechem.
Gregor bez słowa przyciągnął mnie do siebie i delikatnie musnął moje usta.
— Nawet kilku godzin nie potraficie beze mnie wytrzymać? – uśmiechnął się.
Ja i Dymitr zgodnie pokiwaliśmy głowami.
— Powinniśmy jak najszybciej wracać. Lukas mówi, że Christian dostał gorączki, Czekają na nas.
Lukas był przyjacielem Gregora jeszcze z czasów dzieciństwa. Miałam okazje pierwszy raz poznać go na moim ślubie. Był Gregora świadkiem w urzędzie. Nie mógł być wcześniej na ślubie Sandry ponieważ bardzo poważnie chorowała jego siostra, na szczęście wyleczyła się całkowicie i teraz była pełną życia dwudziestodwulatką. Lukas zawsze brał pod opiekę nasze dzieci, gdy my nie mogliśmy tego robić.
— To chodźmy – odpowiedziałam, łapiąc go za rękę. – Chodź Dymitr.
Tak jak wspomniałam miałam w sumie trójkę dzieci. Christian był najmłodszy i w lipcu skończy siedem lat. Roza była średnim dzieckiem i liczyła sobie dwanaście wiosen. Gdy usłyszała, że jej braciszek źle się czuje, postanowiła zostać z nim w hotelu, dlatego na skocznię poszłam jedynie z Dymitrem.
Spojrzałam na męża z niepokojem. Zawsze przejmował się wszystkimi dolegliwościami dzieciaków, nieważne jak bardzo błahe potrafiły być. Wtedy to ja zachowywałam zimną krew i uspokajałam go.
— To tylko gorączka – zaczęłam. – Na pewno łatwo ją zbijemy. – Nie czekając na odpowiedź, wzięłam go za rękę i uścisnęłam, splatając nasze palce. Dymitr szedł po prawej stronie Gregora, wpatrując się bez słowa w czubki swoich butów. Zawsze się tak zachowywał, gdy okazywaliśmy sobie czułość z Gregorem w jakikolwiek sposób.
Szliśmy dosłownie parę minut, zanim w zasięgu wzroku ujrzeliśmy kadrowego busa, który zabrał nas do hotelu.

***

Gorączka okazała się znacznie wyszcza niż zakładałam. Mały Christian wylądował w szpitalu, a my całą rodziną staliśmy w korytarzu, czekając, aż zrobią małemu wszystkie badania. Roza miała zapuchnięte oczy od płaczu i dalej się trzęsła, Gregor chodził nieprzerwanie po korytarzu szybkim krokiem, jakby nie mógł usiedzieć na miejscu, a Dymitr wbijał we mnie gniewne spojrzenie, zupełnie jakbym to ja była odpowiedzialna za kiepski stan jego młodszego braciszka. Zupełnie nie wiedząc, co powinnam zrobić, objęłam ramieniem zdenerwowaną Rozę, a następne złożyłam pocałunek na jej włosach. Ciepły oddech córki, owiewał moją szyję, a ja byłam niemal pewna, że zamknęła oczy, wtulając się we mnie mocniej.
— Mam tego dość – zirytowany głos Dymitra, podsnuł się po korytarzu szpitala. Razem z Gregorem wbiliśmy w niego pytające spojrzenie. – Mam dość tego jak fałszywą kobietą jesteś i jak bardzo nas nienawidzisz.
Po raz pierwszy słowa dziecka, spowodowały, że poczułam się, jakby ktoś wymierzył mi siarczysty policzek. Ze zdumieniem wpatrywałam się w Dymitra, który dorastając, okazał się wierną kopią swojego ojca, przynajmniej z wyglądu. Jego pierś unosiła się i opadała w szybkim tempie zupełnie, jakby właśnie ukończył morderczy bieg.
— Dymitrze! – głos Gregora przeszył ciężką do zniesienia ciszę, Zatrzymał się, stojąc tuż za synem, który w tym wieku niemal dorównywał mu wzrostem. – Jak możesz się tak zwracać do swojej mamy? Co w ciebie wstąpiło i dlaczego teraz, gdy Christian jest chory?
— Bo to prawda i ty dobrze o tym wiesz, tato! – odparł gniewnie Dymitr, strzepując rękę Gregora ze swojego ramienia. – Mama nigdy nas nie kochała, nigdy nas nie chciała! Każda ciąża była dla niej koszmarem, pamiętam jak zareagowała na wieść o Christianie, miałem wtedy dziewięć lat, ale nie byłem głupi! Tylko ty nas zawsze kochałeś, tato!
— Dim, nie sądzę, żeby to była właściwa chwila. Poza tym przesadziłeś i to bardzo, mama nas kocha, zawsze w to wierzyłam. Przestań robić przedstawienie. Zawsze musisz być centrum wszechświata? – Roza odezwała się szybciej, niż Gregor. Poczułam, jak dwunastolatka wyswobadza się z moich objęć. – Idiota.
Roza zawsze mnie zdumiewała. Zazwyczaj cicha i uległa, potrafiła pokazać pazurki w najmniej spodziewanych momentach. Nigdy nie okazywała względem mnie wrogości i zawsze zdawała się tolerować moje wszelkie przejawy niechęci wobec niej oraz jej dwóch braci. Ze stoickim wręcz spokojem oczekiwała najmniejszych oznak czułości z mojej strony, a gdy takowe się zdarzały, nigdy nie traktowała tego, jako coś odmiennego od normy. Zupełnie jakbym należała do grona tych silnych, kochających ponad wszystko mam rodem z amerykańskich filmów.
Prawda okazała się jednak inna. Nigdy na taką matkę się nie nadawałam.
— Nie moja wina, że wolisz się oszukiwać, Roz. Ja znam prawdę. Widziałem co powinienem i słyszałem.
— Co słyszałeś i kiedy? – głos Gregora dalej pozostawał ostry. – Coś sobie ubzdurał?
— Nic nie ubzdurałem! – Nastolatek znów podniósł głos. – Pamiętam jak rozmawiałeś z mamą, jak zaszła w ciążę. Ona nas nienawidzi, nie chce nas.
Dymitr nigdy przez ten cały czas nie mówił tak bezpośrednio. Zawsze był niemiły i opryskliwy względem mnie, lecz nigdy wcześniej nie stwierdził jasno, że nienawidzę go. Do tej pory słowa mojego najstarszego syna, nigdy nie raniły. Powodowały jedynie irytacje, czasem niesmak, ale nigdy nie było tak, jakby ktoś wbijał mi szpilki w całe ciało.
— To nieprawda, mama bardzo was kocha – odparł mój mąż, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Cały czas wpatrywałam się w Dymitra, pragnąc całą sobą, nigdy nie dopuścić do tej niezręcznej sytuacji. Cieszyłam się, że nie ma dookoła nas innych ludzi. Dymitr wyglądał, jakby pragnął udusić mnie gołymi rękoma. Cały się trząsł z wściekłości, a dłonie zaciśnięte w pięści, wyglądały na gotowe do zadana ciosu.
I wymierzył go.
Pięść chłopca uderzyła w ścianę zaledwie dwa centymetry od mojej głowy.
— Dymitr! – Gregor był prawdziwie wstrząśnięty tym, co się właśnie stało. Podbiegł do syna i odciągnął go dość mocnym szarpnięciem od mojej osoby. – Zawsze się dąsałeś i były z tobą problemy, ale teraz naprawdę przeszedłeś samego siebie. Moi synowie nie zachowują się w ten sposób. Przeproś mamę.
— Nie.
— Dim, przeproś natychmiast – siedząca obok Roza, znów stanęła w mojej obronie. Podobnie jak brat okazała się kopią ojca, a jedynym dowodem na pokrewieństwo ze mną były niebieskie oczy.
— Nie jestem matką roku, ale kocham was wszystkich. – Słowa wydostały się z moich ust, bez udziału woli. – Wiem, że mogłam mówić różne rzeczy, gdy zaszłam w ciążę z Chrisem, ale prawda jest taka, że mogłam umrzeć, rodząc go. A jednak zdecydowałam się zaryzykować.
— Zaryzykowałaś, bo tata ci kazał. On nigdy nie pozwoliłby nas zabić. – Głos Dymitra stał się zimny, po raz kolejny raniąc coś, co znajdowało się głęboko w mojej duszy.
Nigdy nie sądziłem, że własne dziecko wykrzyczy mi prawdę o mnie samej prosto w twarz. Bolało.
— Przestań wygadywać głupoty, kretynie! – gniewny głos Rozy poniósł się po korytarzu szpitala. Poczułam, jak dziewczynka chwyta mnie za łokieć i przyciąga do siebie, zupełnie, jakby chciała mnie zasłonić własnym ciałem.
Nie zasługiwałam na tyle dobroci od własnej córki. Wiedziałam o tym. I poczułam się z tym cholernie źle. Moje oczy zaszły łzami. Zaczęłam szybko mrugać, aby je powstrzymać.
— Chris leży w gorączce w szpitalu, ale ty jak zwykle musisz pokazać, że to ty jesteś tym najbardziej zranionym. Zawsze tylko wszyscy musieli skakać koło ciebie, żeby jaśnie pan nie poczuł się urażony.
— Po czyjej ty jesteś stronie? – palące spojrzenie Dymitra przeniosło się na siostrę. – Sama też rzadko kiedy mogłaś liczyć na mamę.
— Jestem teraz myślami z Chrisem i ty też powinieneś – ucięła ostro. – Przestań się dąsać i usiądź z łaski swojej.
Chłopak nie spełnił życzenia swojej siostry. Podszedł do ściany naprzeciwko nas i oparł się o nią demonstracyjnie. W świetle szpitalnych lamp, jego włosy zdawały się mieć złoty kolor zamiast brązowego. Przeczesał je wówczas palcami, wzdychając ciężko. Tak bardzo zawsze przypominał mi Gregora. Jego wściekłe spojrzenie wymierzone wprost we mnie, zabolało jak nigdy dotąd. Miałam ochotę wyć i zastanawiać się, dlaczego od zawsze rokowałam na zostanie beznadziejną matką. Dlaczego nigdy nie mogłam tego zmienić i co powodowało we mnie tak silną niechęć?
Ciało Dymitra znów zaczęło trząść się w spazmach gniewu. Gdy myślałam, że znów wybuchnie, zauważyłam stróżki łez, spływające po policzkach szesnastolatka. To sprawiło, iż zamarłam w osłupieniu. Dymitr płakał, a jego łkanie natychmiast doszło do moich uszu.
— Wiesz co jest najgorsze, mamo? – podniósł na mnie swoje zapłakane oczy. – Próbowałem cię znienawidzić, tak samo jak ty nienawidzisz nas, ale nie potrafię. Kocham cię bardziej, niż sam sobie z tego zdawałem sprawę. – urwał na chwilę, a ja odniosłam wrażenie, że jeszcze chwila, a wpadnę w przepaść. Wszystkie kości zostaną zmiażdżone, a to co wewnątrz zniknie na zawsze. Nigdy, nawet w najgorszych koszmarach, nie miałam takiej sceny przed oczyma. – A dziś pomyślałem, że gdy Christian umrze, ucieszysz się z tego, podczas gdy reszta z nas będzie w rozpaczy i to pogorszyło wszystko. Przez całe dzieciństwo chciałem twojej miłości, chciałem… żebyś mnie przytuliła i powiedziała, że kochasz mnie całym sercem. Pragnąłem, abyś była ze mnie dumna.
Bolało jak diabli. Bolało tysiąc razy bardziej niż poród. Bolało nawet mocniej, niż moment w którym zdałam sobie sprawę, że mogę utracić Gregora. Słowa Dymitra wypalały dziurę w moim wnętrzu. Łzy ciekły po moich policzkach, zanim zdążyłam zdać sobie z tego sprawę. Własny syn zadał cios, który powalił mnie na ziemię.
Prawda boli. Bo Dymitr mówi prawdę. Nigdy nie zasługiwałam na określenie „dobra matka”, ale do tej pory nie przeszkadzało mi to. Nie myślałam, że ranię dzieci, które kiedyś staną się dorosłymi ludźmi. Nie zdawałam sobie sprawy, że nie daję im czegoś, co okazuje się niezbędne. Nie wiem dlaczego. Moja własna matka kochała mnie zawsze, zanim odeszła. A ja kochałam ją.
— Przestań Dymitr, po prostu zamilcz. – Głos mojego męża, znów doszedł do moich uszu.
Podniosłam wzrok. Nie sprawiał wrażenia wściekłego na syna. Już nie. Wyglądał raczej jak ktoś, kto nie może nic poradzić w obliczu sytuacji, która rozgrywa się na jego oczach. Jak ktoś całkowicie bezradny i bezbronny. Kiedy na jego twarzy pojawiał się smutek, wyglądał znacznie starzej niż w rzeczywistości, a spojrzenie traciło całą swoją żywotność i energię.
— Nie, Gregor. Dymitr ma prawo być na mnie wściekły – odezwałam się zachrypniętym głosem.
— Mamo… — cichy głosik mojej córki, sprawił, że uspokoiłam się trochę.
— Nigdy nie okazałam się wystarczająco w tej roli. Jest coś co mogę dla ciebie zrobić… teraz? – spojrzałam na syna, napięta jak struna. Poczułam, jakby od jego kolejnej reakcji, zależało całe moje życie.
Dymitr wyraźnie się wahał, spoglądając na moją postać. Jego oczy stały się czerwone i zapuchnięte od łez, ale drgawki złagodniały. Pozostał jedynie urywany oddech. Chłopiec przetarł oczy rękawem koszulki.
— Przytul mnie.
Nie zastanawiając się więcej, wstałam z plastikowego krzesełka i niemal podbiegłam do własnego syna. Wzrostem niemal dorównywał ojcu, co spowodowało, że sięgałam mu zaledwie do obojczyków, a mimo to w mojej głowie dalej widniał obraz małego chłopca, który w obecnej chwili tulił się do mnie rozpaczliwie, jakbym pozostała jedyną deską ratunku. Był bezbronny i tak bardzo mnie potrzebował.
— Nie chcesz śmierci Christiana? – usłyszałam przy swoim uchu.
— Nie – zaprzeczyłam żarliwie. – Nie chcę śmierci, któregokolwiek z was. Wasza trójka oraz wasz tata, to cały mój świat. I wiem, że teraz to niewiele znaczy, ale… postaram się być lepszą matką.
Płakaliśmy oboje, wtuleni w siebie. Milczenie przedłużało się, sprawiając coraz większy ból i poczucie winy. Odczułam swoje błędy z całą mocą, nie wiedząc, jakim cudem uda mi się wszystko naprawić. Czy najstarszy z moich synów, wybaczy takiej wyrodnej matce jaką byłam?
— Nie da się wymazać przeszłości, ale zawsze można stworzyć lepszą przyszłość.
— Kocham cię, Dymitrze.
— Też cię kocham, muszę dać ci szansę, nawet jeślibym nie chciał. Ale chyba chcę.
Moje serce zatrzepotało w piersi. To nie będzie łatwe, ale skoro Dymitr chce dać mi szansę, to zrobię wszystko, żeby się zmienić.
Poczułam się jeszcze lepiej, gdy okazało się, że mały Chris ma anginę, ale na szczęście udało się lekarzom już zbić gorączkę, a nam pozwolono do niego zajrzeć. Gdy mały siedmiolatek ujrzał nas w drzwiach, od razu się uśmiechnął, a ja zrobiłam to samo. Siadając przy jego łóżku i chwytając jego dłoń, poczułam rosnącą nadzieję w sercu. Rozejrzałam się powoli dookoła. Dymitr przybijający sobie piątkę z uśmiechniętym Chrisem, Roza, która wyraźnie poczuła ulgę na widok brata i patrzący na mnie z oddaniem Gregor. To była moja rodzina, to było teraz moje życie.
— Wszystko w porządku, mamo? – Chris przechylił głowę w bok, brązowe roli dotknęły lekko białej pościeli, a brązowe oczy wpatrywały się we mnie wnikliwie.
— Tak – odparłam, ale głos mi drżał. – Kocham cię, synku. Jak się czujesz?
Ja naprawdę ich kochałam, ale chyba do końca chciałam trwać w tym, jaka byłam.

***

Lipiec

Żar lał się z nieba niemiłosiernie, powodując, że musiałam właśnie zdjąć swoją ukochaną czerwoną koszulę w kratę, na szczęście miałam pod nią jeszcze białą bluzkę na ramiączkach. Westchnęłam, patrząc z podziwem, na trójkę swoich dzieciaków, które bohatersko znosiły ten upał, nie skarżąc się nawet słowem.
— Mam zimną Colę, chcesz? – Dominika spojrzała na mnie ze współczuciem.
— Pewnie, daj – ucieszyłam się, niemal wydzierając jej butelkę z ręki. Napój okazał się rozkosznie zimny. – Skąd masz to cudeńko?
— Powiedźmy, że Gabriel i Dorota dbają o mnie – zaśmiała się cicho. – Zresztą o Jakuba też.
Spojrzałam na kuzynkę z wysoko uniesionymi brwiami, ale nie pytałam już o nic więcej i tylko pokręciłam głową.
Gabriel i Dorota to bliźniaki, które urodziły się Dominice przeszło dziewiętnaście lat temu. Blondynka wraz z Kubą mieli skłonności do ciągłego wychwalania swoich dzieci. Z tego co było mi wiadomo, to oboje szykowali się na studia i razem zamierzali od października studiować pedagogikę w Krakowie. Kuba dość ciężko się z tym pogodził, lecz Dominika zdawała się zachwycona.
Z zamyślonym wyrazem twarzy oddałam blondynce Colę i ponownie wbiłam wzrok w skocznię narciarską w Wiśle.
— Co tam u Darii?
— Nic ciekawego – wzruszyła ramionami. – Ostatnio poznała jakiegoś faceta przez portal Radkowy, ale nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Póki co dalej mieszka ze mną i z Kubą. Przyzwyczailiśmy się już do niej. Może mieszkać z nami już zawsze – zaśmiała się. – Choć oczywiście chciałabym, żeby była szczęśliwa. Mimo niepełnosprawności radzi sobie ze wszystkim fantastycznie. Jestem z niej dumna.
Pokiwałam głową ze zrozumieniem.
— A jak tam Magda i Andy – zapytała, wyrywając mi Colę z ręki, po czym sama wzięła parę łyków.
— Nie wiesz nic o tym, że jednak się rozstali? Myślałam, że Ci mówiłam. Nie są ze sobą już od roku.
— To straszne! – Dominika naprawdę wyglądała na przerażoną. – Po tylu latach!
Wzruszyłam ramionami, dalej niepewna co o tym wszystkim myśleć.
— Czy ja wiem? Dzieci nigdy nie mieli to przynajmniej nikt na tym nie ucierpiał, a rozstali się podobno w przyjaźni.
— Odwrotnie niż Maciek i Daria.
— Otóż to – zgodziłam się.
 Gwar i hałas otaczał mnie zewsząd, gdy na belce pojawił się kolejny polski skoczek.
— A teraz na belce zasiada Bartosz Miętus! – usłyszałam komunikat gdzieś nad sobą. Polskie flagi powiewały dumnie na wietrze. Podniósł się krzyk.
Zawsze, gdy słyszałam nazwisko Bartka, mimowolnie się spinałam. To był syn Krzyśka i Sandry. Choć teraz właściwie wyłącznie Krzysztofa. Miał prawie dwadzieścia lat i tylko w pierwszych latach życia widywał się z matką. Kiedy Krzysztofa uniewinniono w związku z niepełnosprawnością Darii, zrobił wszystko co w jego mocy, aby zyskać wyłączne prawo do opieki nad nowonarodzonym synem i udało mu się to. Miętus nie chciał po całej sprawie patrzeć na moją siostrę i wcale mu się  nie dziwiłam. Sama nie utrzymywałam z nią kontaktu od przeszło piętnastu lat. Nie po tym, co mi zrobiła. Krzysiek jak widać, też osiągnął swój limit. Cieszyłam się, że miał syna tylko dla siebie, a sam Bartosz, mimo że dorosły, nigdy nie chciał spotkać się z matką, choć otrzymał taką szansę. Ja natomiast, miałam z siostrzeńcem całkiem niezły kontakt.
Skok okazał się fantastyczny, co pozwoliło chłopakowi póki co wskoczyć na pierwszą pozycję. Mimowolnie się uśmiechnęłam, przyłączając się do ogólnej wrzawy. W skokach narciarskich okazał się z pewnością bardziej utalentowany aniżeli ojciec.
— Skacze lepiej niż Krzysiek w jego wieku – zaśmiała się Dominika, jakby czytając w moich myślach. – Jak tam twoje relacje z nim? – zagadnęła.
— Całkiem nieźle – mruknęłam. – Miły i zdolny chłopak z niego. – On, ja, Krzysiek, mój tata, Gregor oraz dzieciaki ostatnio poszliśmy razem na cmentarz. Wiesz, zostawić kwiaty i zapalić znicz dla mojej mamy.
Dominika pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Wujek już nie mieszka tam gdzie dawniej?
Prychnęłam.
— Coś ty, Sandra zajęła lokum. Mój tata się stamtąd wyprowadził piętnaście lat temu i zamieszkał w Karpaczu. Sandra pewnie sobie jakiś gachów sprowadza. Ale mnie to nie obchodzi. Skoro potrafiła tak bezczelnie Krzyśka i mnie potraktować, to ja nie mam zamiaru się przed nią korzyć.
Dominika spojrzała na mnie ze smutkiem, kładąc dłoń na moim ramieniu.
— Przykro mi, że nie masz normalnej rodziny… Sandra, Marta… włos się na głowie jeży.
Potrząsnęłam głową w zaprzeczeniu.
— Ani jedna, ani druga nie jest moją rodziną. Moja prawdziwa rodzina jest najlepsza na całym świecie – oznajmiłam, spoglądając ukradkiem na swoje dzieciaki. – Ty też do niej należysz Dominika – dodałam z mocą, przytulając ją do siebie.
Tłum kibiców dookoła nas znów zaczął skandować kolejne polskie nazwisko.
— Mamo, kupisz nam precle? – poczułam lekkie szarpnięcie za bluzkę. To była moja córka. Reszta dzieciaków również spoglądała na mnie wyczekująco.
— Jasne, nie ma sprawy – uśmiechnęłam się.
Naprawdę byłam szczęśliwa.

***

Październik

— To już wszyscy, pani Schlierenzauer.
Znajomy głos Lisy, która weszła do pomieszczenia, sprawił, że wszystkie moje mięśnie się rozluźniły. Była godzina dwudziesta, wszystko mnie bolało. Rozejrzałam się po biurku, zabrałam wszystkie papiery, a już po chwili stukot moich obcasów rozbrzmiał na korytarzu poradni.
Od sześciu lat pracowałam w poradni zdrowia psychicznego, jako psychiatra. Droga do otrzymania tego zawodu zajęła mi trzynaście lat. Nie sądzę jednak, aby w moim życiu pojawił się moment zwątpienia. Odkąd związałam się z Gregorem wiedziałam, co chcę w życiu osiągnąć i po wielu trudach udało mi się to. Wiedza jaką zdobyłam, stała się nieoceniona, sprawiając, że lepiej rozumiałam własnego męża, a do tego pomagałam innym ludziom, co sprawiało, że moja chęć pomocy wszystkim dookoła wreszcie znalazła dla siebie ujście.
Zmęczona, ale szczęśliwa pożegnałam się z Lisą i poszłam do szatni, po swoją kurtkę. Aż trudno uwierzyć, że tyle ludzi sięga po pomoc specjalisty. Choć teoretycznie przyjmowałam prywatnie do osiemnastej, to w rezultacie zostawanie w pracy do godziny dwudziestej stało się normą. Poza mną oraz Lisą, zapewne już nikogo nie było w poradni. No, może jeszcze Luke, nasz ochroniarz, który zawsze zamykał drzwi na klucz.
To miejsce stało się moim drugim domem i po tych sześciu latach, wszystko zdawało się takie znajome.
Zdjęłam szpilki w szatni, zmieniając je na wygodne adidasy i z reklamówką pod pachą, skierowałam się do wyjścia. Pożegnałam się z Luke’m oraz drugi raz z mijaną w drzwiach Lisą i poszłam sama w ciemną noc. O tej porze roku w Innsbrucku było wyjątkowo ciemno, ale nie bałam się.
— Nie wierzę, że się spotykamy – usłyszała za swoimi plecami. – Najlepszy psychiatra w okolicy… ładnie się urządziłaś, Wiktoria.
Znała ten głos bardzo dobrze, nie mogłaby go pomylić z żadnym innym głosem. Nie była również przekonana, czy w sumie chciała kiedykolwiek się z nim jeszcze spotkać. Thomas, Thomas Morgenstern.
— Znasz ją ojcze?
Odwróciłam się. Kilka metrów ode mnie stała kobieta. Miała ponad dwadzieścia lat, długie blond włosy sięgające jej aż do pasa, niebieskie oczy, duże kolczyki w kształcie kół w obu uszach. Jej nogi opinały idealnie dopasowane szare jeansy, które w jednej czwartej zasłonięte były przez czerwoną, długą kurtkę.
Lily Morgenstern, już dorosła. Ile dokładnie miała lat? Dwadzieścia trzy?
Nie to jednak zszokowało mnie najbardziej, Lily była z ojcem, ponieważ ta pchała wózek inwalidzki. Poczułam, jak na ten widok ściska mi się serce. Pamiętam, jak huczeli o tym siedemnaście lat temu. Thomas dalej kusił los, nie mogąc zakończyć kariery w odpowiednim momencie. Jeden z upadków okazał się tym ostatnim.
— Tak, to moja dawna… znajoma – odpowiedział córce, na co ta pokiwała głową.
Podeszłam do nich, choć nogi miałam jak z waty i uścisnęłam dłoń kobiety, a ta uśmiechnęła się promiennie.
— Lilian, choć najbliżsi mówią do mnie Lily.
— Pamiętam jeszcze, jak byłaś maleńka – oznajmiłam z trochę wymuszonym uśmiechem. – Poznaliśmy się z Twoim tatą bardzo dawno temu.
Nie wiedząc, co powinnam jeszcze powiedzieć w kierunku Lily, odezwałam się do Thomasa.
 Widok jego na wózku inwalidzkim w jakiś sposób łamał mi serce na części. Miałam ochotę się rozpłakać, lecz zachowałam zimną krew. Nie zmienił się, aż tak bardzo. W jego blond włosy wkradło się kilka siwych pasm, przybyło kilka zmarszczek, zwłaszcza w okolicy ust i oczu, ale spojrzenie dalej przeszywało ją na wskroś.
— Co tutaj robisz? – zagadnęła.
— Po raz kolejny się przeprowadzam – odpowiedział. – Czy może raczej Ja, Susan, Lily i Ally.
Uniosłam brwi w wyrazie zdumienia.
— Ally? Masz drugą córkę?
Wiedziałam, że w przeciągu kilku lat Thomas wielokrotnie zmieniał swoje partnerki, a ostatnią z nich była Susan, ale nie miałam zielonego pojęcia o jego kolejnym dziecku.
— Tak – pokiwał głową. – Ally jest rok starsza od twojego Dymitra. Ma siedemnaście lat – uśmiechnął się. – Dużo czasu minęło, prawda?
— Bardzo dużo – zgodziłam się.
— Może… moglibyśmy podwieźć cię do domu? Możemy porozmawiać o tym, co się u nas zmieniło. Poza tym ciemne ulice nie są bezpieczne dla takich pięknych dam – zaśmiał się cicho, a ja musiałam mu zawtórować. – Nasz samochód jest ulicę dalej.
— Niech pani się zgodzi. Tata mówi, że całkiem nieźle prowadzę – odezwała się Lily.
— Niech tak będzie – odparłam po chwili namysłu. – Co mi szkodzi?

***

Październik

Kolejny pracowity dzień w robocie. Od poniedziałku do piątku, harowałam na pełnych obrotach, ale cholera, kochałam tę pracę jak żadną inną. Pochylona nad stosem papierów, zaczęłam uzupełniać karty pacjentów.
— Liso, zawołaj następnego pacjenta, proszę – odezwałam się do brunetki, która do tej pory siedziała po mojej lewej stronie. Słyszałam, jak wstaje z cichym skrzypnięciem z obrotowego fotela i kieruje się w stronę drzwi. Nie podnoszą wzroku znad papierów, przewróciłam stronę. Anna Benet schizofrenia katatoniczna…
— Ja tylko na chwilę – kolejny znajomy głos dotarł do moich uszu. Nie mogąc uwierzyć, podniosłam głowę. Lisa wyszła już, nie chcąc przeszkadzać w konsultacjach.
— Richard Freitag? – oniemiałam. – Cóż, cię do mnie sprowadza? – rozparłam się na swoim obrotowym fotelu, zgarniając wcześniej papiery.
— Dzień dobry, miło cię widzieć Schlierenzauer – uśmiechnął się cynicznie. – Choroba mnie sprowadza, ot co chyba oszalałem. Oszalałem z miłości.
Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiałam się serdecznie. Chyba każdego z nas już zdążyła dopaść siwizna oraz zmarszczki. Richardowi się ponadto wyraźnie przytyło, ale nie określiłabym tego jakąś przesadną nadwagą. Niemiec usiadł ostrożnie w fotelu.
— Na takie choroby raczej nie pomagam.
— Nawet jeśli zwariowałem?
— A zwariowałeś na serio?
— Nie, w sumie tylko żartowałem. Choć moja miłość do Severina Freunda mocno mnie zszokowała jeszcze kilka lat temu.
Nowina ta spowodowała, że prawie spadłam z krzesła. Facet zakochany jak szaleniec dwadzieścia lat temu w niejakiej Marcie, teraz jest z facetem? I do tego z Severinem Freundem? Świat naprawdę oszalał.
— Brzmi doprawdy szalenie – zgodziłam się. – A tak poważnie to po co przyszedłeś?
Cała wesołość uszła z niego w jednej chwili. Jego spojrzenie stało się śmiertelnie poważne, a ton wskazywał na wyjątkowe zdenerwowanie.
— Podejrzewam, że mój kochany może mieć problemy psychiczne i zastanawiam się czy mogłabyś go przyjąć.
Czyli typowa robota… ale kochałam tę robotę, mówiłam to już? Westchnęłam ciężko, przysunęłam się do biurka i skrzyżowałam palce obu dłoni.
— Zamieniam się w słuch, Richardzie.
Ostatni pacjent, a w domu czekała rodzina.

KONIEC

Dziękuję Wam wszystkim. To pierwsze opowiadanie jakie skończyłam. Nie jest idealne, wręcz przeciwnie - ledwo trzyma się kupy, ale i tak to część mojego dorastania.
Czy będę pisała coś jeszcze?
Możliwe, ale teraz nie jestem na to gotowa.

piątek, 25 marca 2016

Rozdział 53

Myślała, że minęła wieczność, zanim usłyszała dzwonek do drzwi. I zanim zdała sobie tak naprawdę sprawę, z tego co robi, już trzymała klamkę w dłoni. Gdy otworzyła drzwi, nie wiedziała, co powinna powiedzieć.
Marta i Gregor wyglądali całkiem normalnie, identycznie jak przed wyjściem, a jednak sprawiali wrażenie zmęczonych. Marta z pewnością płakała, bo na jej twarzy odznaczały się ślady łez i miała zaczerwienione oczy. Zdawała się całkowicie pozbawiona energii. Gregor również nie tryskał energią, ale na widok Wiktorii uśmiechnął się delikatnie.
— Wpuścisz nas? – spytała słabym głosem blondynka.
Wiktoria dopiero wtedy zrozumiała, że wpatruje się w nich jak w obrazek. Bez słowa odsunęła się, ale wtedy na kogoś wpadła.
To Richard stał tuż za nią, a ona nawet tego nie zauważyła. Nie wydawał się zmartwiony. Jego mina sugerowała raczej, że spodziewał się takiego rozwoju sytuacji. Westchnął cicho, tak że tylko Wiktoria mogła to usłyszeć.
— Chcesz już wracać? – odezwał się w kierunku blondynki. – Do Niemczech?
— Nie wracam do Niemczech – odpowiedziała, wchodząc do mieszkania. Zaraz za nią szedł Gregor. – Chcę wrócić do Austrii. Tam mieszkałam, zanim uciekłam do Stanów.
Teraz wydawał się doprawdy zaskoczony. Podobnie Wiktoria. Oboje sądzili, że może Richardowi w końcu uda się przekonać do siebie Martę. Jednak musieli się pomylić.
— Jeśli chcesz, możesz jechać ze mną – zaproponowała.
— Dobrze wiesz, że to w Niemczech jest mój dom.
— Ja swojego też nie chcę opuścić – odpowiedziała Marta. – Zaraz odejdę, pozwól mi się jedynie czegoś napić przed wyjazdem – odezwała się w kierunku Wiktorii. – Obiecuję, że już nigdy się nie spotkamy.
Wiktoria nie wiedziała co myśleć. Co takiego wydarzyło się na tym spotkaniu? Dlaczego tak nagle się poddała i co zamierza zrobić dalej? Dziewczyna spojrzała na Niemca. Widać było, że to co usłyszał, nim wstrząsnęło. To nie był zbyt wesoły finał.
Richard odwrócił się z zamiarem powrotu do salonu.
— W takim razie ja też nie zajmę wam już dużo czasu – odezwał się do Wiktorii. – Milo było cię znów spotkać. Powodzenia.
Kiwnęła głową, mimo że Richard na nią nie patrzył. W innym wypadku pewnie zwróciłaby mu uwagę, że to nie ona jest właścicielem mieszkania, ale teraz nie miało to aż tak dużego znaczenia.

***

Nie zdawała sobie nawet sprawy, jaką wielką ulgę poczuje, gdy wreszcie znalazła się w jego ramionach. Martwiła się naprawdę mocno, ale na szczęście Gregor wyglądał całkowicie normalnie.
— Przepraszam, pewnie jesteś na mnie wściekła – wyszeptał jej do ucha.
— Nie jestem – zaprzeczyła od razu. – Po prostu się o ciebie bałam. – Przytuliła się do niego jeszcze mocniej. – Czy to naprawdę koniec?
Delikatnie odsunął ją od siebie, aby móc spojrzeć jej w oczy. Milczał przez krótką chwilę, lecz w końcu na jego ustach pojawił się piękny uśmiech.
— To nie koniec, Wiktoria. To nasz początek.
Ucieszyła się jeszcze bardziej słysząc te słowa, jednak w dalszym ciągu jedna sprawa nie dawała jej spokoju.
— Co z Martą? O czym rozmawialiście?
— Poznałem dokładnie całą historię i powód, dla którego wyjechała. Nie miała łatwego życia. Może to dlatego cała złość, jaką żywiłem do niej, zniknęła. Nie mogłem jej nie wybaczyć, Wiktoria. Po prostu musiałem dać jej rozgrzeszenie. I nie sądzę, abym popełnił błąd. Oboje poczuliśmy konsekwencję tych zdarzeń i oboje będziemy żyć z nim do samego końca. Nie zmienia to mimo wszystko faktu, że już nic do niej nie czuję, więc nie musisz się martwić. To koniec. W tym względzie na pewno koniec.
Pokiwała głową ze zrozumieniem.
— Nawet jakbym spytała cię o szczegóły, to byś mi nie powiedział, prawda?
— Wybacz, ale myślę, że jesteś w stanie zrozumieć, dlaczego nie mogę tego zrobić.
Rozumiała nawet bardziej niż myślał. Wiedziała jedynie tyle, że ludzie którzy ją porwali, zostali zabici, a ona sama uciekła, żeby chronić swoje życie. Nic właściwie więcej wiedzieć nie chciała. Nie interesowało jej, skąd zna Richarda, ale to pewnie on poznał Martę z Gregorem. Czego z pewnością sam niejednokrotnie pożałował.
— Oczywiście. Ale ona płakała.
— Miała trudne życie, mówiłem ci. Mówienie o takich rzeczach, nie należy do przyjemności. Poza tym myślę, że zrozumiała wreszcie, że i tak nie może do mnie wrócić. Jestem pewien, że za jakiś czas ułoży sobie wszystko od nowa. To mądra dziewczyna.
— Jednak powiedziała, że chce wracać do Austrii. Nie boisz się, że będzie nas szykanowała?
Gregor pokiwał przecząco głową.
— Ona wbrew pozorom nie jest wariatką, Wiki. Poddała się, naprawdę się poddała. Chce jedynie wrócić do swojego domu.
Wiktoria uśmiechnęła się blado. Zaraz jednak naszła ją pewna refleksja.
— Moment. Mówisz o domu, w którym mieszkała razem z Tobą?
— Nie, o tym w którym mieszkali jej rodzice. To z nimi wyjechała do Stanów. Dom od kilku lat stoi zupełnie pusty. Dom, w którym mieszkaliśmy razem, sprzedałem.
Popadała w paranoję za każdym razem, gdy myślała o swojej bliźniaczce. Powinna przestać się w końcu bać. To w niczym nie ułatwi jej życia. Spojrzała na Gregora i zaraz w głowie szatynki pojawiła się myśl, że z nim zawsze będzie przecież bezpieczna. Wszystko jest takie, jakie być powinno.

***

— Naprawdę chcecie nas już zostawić? – Magdalena wyglądała na szczerze przygnębioną — Przyzwyczailiśmy się do was, Miśki.
Wiktoria z Gregorem postanowili w końcu się stamtąd wynieść. Na dobrą sprawę zostali jedynymi gośćmi, ponieważ Richard i Marta zniknęli jeszcze tego samego dnia, w którym się pojawili, a Dominika, Kuba oraz Daria wyjechali trzy dni wcześniej. Mimo tego że Dominika oraz Kuba spodziewali się bliźniaków, nie mieli nic przeciwko, aby Daria zamieszkała razem z nimi. Maliniak uznała to za cudowny gest. Cieszyła się, że jej kuzynka jednak nie zostanie sama. Zresztą Daria oraz Dominika kochały się szczerze niczym siostry i była między nimi prawdziwa przyjaźń.
— Nie chcemy wam już sprawiać kłopotu. Poza tym chcielibyśmy w końcu mieszkać razem – odpowiedział Gregor. – Dzięki za gościnę – uśmiechnął się w stronę Magdy. – Dość dużo się wydarzyło przez ten czas.
Faktycznie, bardzo wiele spotkało ich po drodze. Jednak Wiktoria niczego absolutnie nie żałowała, szczęśliwa, że udało jej się cało wyjść z tym wszystkich kłopotów. Jeszcze tylko dowiedzą się, jak tam na rozprawie sądowej Krzyśka i właściwie będą mogli zacząć z czystą kartą.
Z tego co Wiktoria wiedziała, Marta już wróciła do Austrii. Na wszelki wypadek zostawiła sobie w komórce numer Richarda, aby poinformować go w sytuacji alarmowej, jeśli z Martą będzie coś nie tak. Nic nie mogła poradzić, że zwyczajnie nie ufała tej kobiecie. Jej osoba za bardzo namieszała w życiu ich wszystkich.
Gregor oczywiście stwierdził, że Wiktoria przesadza i naprawdę nie mają powodów do niepokoju.
Mimo wszystko lepiej się zabezpieczyć. Wiktoria cały czas sobie to powtarzał.
— Nie macie za co dziękować – odpowiedziała wesoło Magda. – Odwiedzajcie nas kiedy tylko chcecie. To żaden problem.
— Absolutnie żaden – zawtórował jej, stojący tuż za nią Andreas. — Do zobaczenia na koncercie Rammstein, Wiki – uśmiechnął się Niemiec. – Będzie zajebiście!
O tak, z pewnością będzie miała co wspominać. Mimo że zbliżał się lipiec, ona nie mogła się wręcz doczekać jesieni. Myślała niemal codziennie o nadchodzącym koncercie.
— Z pewnością masz rację – zgodziła się.

***

Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak śliczne było to miejsce. Mały z pozoru kościółek, wykonany w większości z drewna, znajdujący się na niewielkim wzniesieniu w jednym z miast Austrii. Rok i trzy miesiące; dokładnie tyle czasu minęło odkąd znalazła się tu po raz ostatni. Wtedy nie umiała tego docenić. Gdy znalazła się tutaj pierwszy raz, uznała to za najgorszy dzień swojego życia. Do teraz pamiętała, jak siłą trzeba było wepchnąć ją do samolotu.
Teraz znalazła się tutaj z własnej woli i była szczęśliwa. Szła trzymając się za rękę z mężczyzną, którego kochała i powoli wchodziła na szczyt wzniesienia. Świeciło słońce, było gorąco i dało się słyszeć świergot ptaków.
— Ładnie tutaj – powiedziała w końcu, rozglądając się dookoła. – Nie sądziłam, że jeszcze kiedykolwiek zobaczę to miejsce.
— Tak – zgodził się z nią. – Na dobrą sprawę, cała nasza przygoda zaczęła się tutaj.
Pokiwała głową, a następnie przytuliła się do niego. Gdyby ktoś jej powiedział, że w ten sposób wszystko się zakończy, wyśmiałaby go. Szczerze nie znosiła przecież tego człowieka.
— Wracam do skakania.
To nagłe stwierdzenie z jego ust, zaskoczyło ją. W pierwszym odruchu, sądziła, że się przesłyszała. Uniosła głową i spojrzała na niego niepewnie.
— Jesteś pewien, że to nie za wcześnie? Te leki, które bierzesz i ta cała sytuacja ze szpitalem psychiatrycznym… ja bym jeszcze poczekała.
Domyślał się, że tak będzie, jednak musiał jej powiedzieć o tym teraz. Fakt, nie było powodów, aby się spieszyć. Gregor miał pewność mimo wszystko, że powrót do dawnej pasji, może mu jedynie pomóc. I tego chciał się trzymać.
— Ten sezon całkowicie odpuszczam i będę tylko trenował – zaczął uspokajać. – Rozmawiałem już z trenerem. Musi mnie najpierw przetestować. Możliwe, że po takiej przerwie nie będę się już nadawał, lecz chcę spróbować.
Wiktoria nie wyglądała na przekonaną.
— A te leki… one nie zostaną uznane za doping?
— Zostaną – westchnął. – Dlatego chcę je rzucić.
— Nie zgadzam się! — W jej głosie dało się słyszeć prawdziwy gniew. Natychmiast odepchnęła go od siebie, chcąc najwyraźniej pokazać swoje niezadowolenie. – Jak możesz postępować tak lekkomyślnie?!
Gregor nie wydawał się wcale zaskoczony taką reakcją dziewczyny. Wręcz się tego spodziewał. Na jego twarzy nie można było dostrzec żadnych negatywnych uczuć. Przez pewien czas milczał, czekając, aż dziewczyna się trochę uspokoi.
 Wiktoria nie widziała go nigdy, aż tak spokojnego. Wyglądał całkiem niepozornie, ubrany w białe szorty, niebieski t—shirt z nadrukiem i swoje ulubione buty do biegania. Na dodatek miał lekko zmierzwione włosy, a na jego twarzy wykwitł niewinny uśmieszek.
— Coś ostatnio za bardzo się denerwujesz – skomentował, a uśmiech na jego twarzy jeszcze bardziej się poszerzył. – Wiktoria, naprawdę nie musisz aż tak panikować.
Dziewczyna żachnęła się, krzyżując ręce na piersi.
— Nie bierzesz ich bez powodu – zauważyła.
— Dopóki będziesz przy mnie, nic się nie stanie – zapewnił. – Ty jesteś moim najlepszym lekarstwem. Odkąd tylko cię poznałem.
— Brzmi to dość ckliwie, ale okej – skrzywiła się. – Co nie zmienia faktu, że mi się to nie podoba – przypomniała. – Uważam, że to ryzykowne. Dobrze wiesz, że nie będę mogła z Tobą być na każdym konkursie.
— Wiem, ale cały czas będę o tobie pamiętał.
Zrobiło jej się przykro. Nie tylko dlatego że się o niego bała, ale też wiedziała, że nic nie wskóra. Zresztą nie chciała go unieszczęśliwiać.
— Kadra musi ci załatwić psychiatrę, który będzie z wami jeździł. Inaczej to nie ma sensu  – poddała się wreszcie. – Nie dasz sobie rady sam.
— Jakoś żyć muszę – odpowiedział. – A poza tym nie jestem sam, mam ciebie.
Tylko ten mężczyzna potrafił spowodować, że jej emocje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Wcześniej była smutna, teraz poczuła, jak po jej wnętrzu rozlewa się przyjemne ciepło.
Nie wiedziała nawet, w którym dokładnie momencie zaczęła tego mężczyznę kochać. I szczerze, nie sądziła, aby ta informacja okazała się szczególnie istotna. Możliwe, że zaczęli tę relację niewłaściwie, bo od seksu, ale kto wie? Może w innym wypadku w ogóle nie dałaby mu szansy?
Zrobiło się trochę chłodniej. Chmury całkowicie zasłoniły słońce, a poza tym zaczął wiać lekki wiatr.
Wiktoria jeszcze raz spojrzała na mały kościółek.
— Dlaczego tutaj? – spytała z uśmiechem.
— Co? – nie zrozumiał.
— Dlaczego tutaj zdecydowałeś się wziąć ślub? – sprecyzowała. – I to w dodatku z kimś, kogo nie kochałeś?
Gregor westchnął ciężko.
— Rozczaruje cię, ale za tym nie kryje się żaden specjalny powód. Po prostu mi się tutaj podobało i wiedziałem, że dzięki temu uniknę zamieszania. Na pewno lepsze to, niż ślub w stolicy. Moja kuzynka miała tutaj ślub.
— Szczęśliwie? – spytała z wyraźnym zainteresowaniem.
— Nie, rozwiodła się po dwóch latach około – zaśmiał się nerwowo. – Po prostu w jakiś sposób to miejsce zapamiętałem. A Sandra nie miała jakiś specjalnych życzeń.
— Dobrze, że tak się stało – stwierdziła. – Niczego z mojej przeszłości nie żałuję.
Mimo dość przykrych wspomnień, jakie żywiła do tego miejsca, teraz zdawało jej się bardzo miłe. Całkowicie zmieniło się nastawienie Wiktorii i w sumie uznała, że przyjemnie by było od czasu do czasu przyjeżdżać w to miejsce. Szkoda, że okazało się dość znacznie oddalone od faktycznego miejsca zamieszkania Gregora.
Dom skoczka bardzo jej się spodobał. Okazał się  dość małym, ale przytulnym domkiem jednorodzinnym. Nie był tak duży jak dom Thomasa, nie posiadał ani siłowni, ani basenu na zewnątrz, ale za to Gregor był właścicielem przepięknego, kwiatowego ogródka, w którym od razu się zakochała. Nie zdziwiło jej też wcale, gdy odkryła, że na dobrą sprawę kuchnia jest większa od salonu.
— Dobrze wiesz, że lubię gotować – odezwał się, zanim Wiktoria zdążyła wypowiedzieć choć słowo, a wcale nie miała zamiaru krytykować.
Salon okazał się mniejszy i łączył się z kuchnią. W przeciwieństwie do kuchni, która wręcz tonęła w intensywnej czerwieni oraz czerni, w salonie dominowały pastelowe odcienie zielonego.
Sypialnia okazała się dość dużym pomieszczeniem. Można było tam zapewnie odnaleźć niemal wszystkie odcienie brązu, co akurat Wiktorii bardzo przypadło do gustu. W samym centrum pokoju znajdowało się duże, dwuosobowe łóżko z czterema kolumienkami oraz przezroczystą zasłonką. Po każdej stronie znajdowała się mała szafka nocna z lampką, a naprzeciw łóżka duże, wiszące lustro i komoda.
Z sypialnią połączono małą, ale jasną łazienkę. Była niemal cała w bieli.
Jednak nie mogła się nadziwić, gdy odkryła jeszcze jedno pomieszczenie w tym domu. Nie dało się tego inaczej określić jak pracownia. Wszędzie wywieszone zostały zrobione przez Gregora zdjęcia, a dodatkowo na dużej korkowej tablicy, Wiktoria ujrzała projekty ubrań. W przeciwległym koncie pokoju ustawione zostały za to lampy fotograficzne i zawieszono białe tło na jednej ze ścian.
Domyśliła się, że tu musiał spędzać najwięcej czasu. Uśmiechnęła się, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Wiktoria obserwując uważnie miejsce, w którym się znaleźli, przypomniała sobie, że widziała fotografie tego kościółka u niego w pracowni.
— Naprawdę nic byś nie zmieniła? – Głos Gregora wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na niego zaskoczona.
— Każdy popełnia błędy, ale one nas także czegoś uczą – stwierdziła. – Jeśli chcesz w ten sposób wydobyć ze mnie informację, czy żałują związku z Thomasem, odpowiadam, że nie. Ale nie żałuję też niczego co działo się między mną a tobą. Wiele się przez te miesiące nauczyłam.
— Chciałabyś ze mną zostać już na zawsze?
— Tak – odpowiedziała, nie zastanawiając się nawet, co może nieść za sobą to pytanie.

— A wyjdziesz za mnie?
Zanim Wiktoria zdążyła zrozumieć, co się właściwie dzieje, zobaczyła, jak Gregor klęczy przed nią, z pierścionkiem w ręku. Niewiele jednak poświęciła uwagi biżuterii, cały czas wpatrzona w jego oczy.
W takich chwilach kobiety reagują różnie. Jedne mdleją, drugie płaczą, trzecie piszczą, a jeszcze inne zupełnie nie wiedzą co odpowiedzieć, w związku z czym stoją bez najmniejszego słowa. Z pewnością oświadczyny są mimo wszystko jedną z najważniejszych chwil w życiu. Tym bardziej, jeżeli są czynione z miłości.
Wiktorii było najbliżej do tej pierwszej grupy. Po raz pierwszy od bardzo dawna odniosła wrażenie, iż nie rozumie wypowiadanych w jej kierunku słów, mimo że niemiecki umiała bardzo dobrze. Zorientowała się, że chyba milczy zbyt długo, ponieważ twarz Gregora zmieniła się i pojawiło się na niej coś na kształt zdenerwowania.
Całkowicie nie myślała w tamtej chwili i tak naprawdę jej usta zadziałały bez konsultacji z rozumem. Musiała być bardziej zszokowana niż kiedykolwiek wcześniej.
— Po co? – Wiktoria była przekonana, że musiała mieć w tamtej chwili najgłupszą minę na świecie.
Gregor zdawał się wówczas równie zaskoczony. Nie tak sobie to wyobrażał, ale z drugiej strony z Wiktorią nigdy nic nie było pewne. Nie zmienia to mimo wszystko faktu, iż na takie pytanie się nie przygotował.
— Bo cię kocham i mam nadzieję, że ty mnie również. Chcę, żebyś przyjęła moje nazwisko i żebyś była moja na sto procent. Na zawsze.
— Nie.. znaczy nie, że nie… o boże! – wyjąkała, plącząc się niemiłosiernie i zaczesała palcami włosy. – Zaskoczyłeś mnie bardzo.
Ostatnie zdanie, które wypowiedziała, okazało się zarazem jedynym, które zrozumiał.
No i w dodatku Wiktoria zaczęła płakać.
— Nie wiedziałem, że to cię aż tak zszokuje – odezwał się trochę smutnym głosem. – Myślałem, że między nami wszystko jest jasne, ale jeśli nie chcesz…
— Chcę, bardzo chcę! Wyjdę za ciebie choćby jutro! – przerwała mu, po czym od razu wpiła się w jego lekko rozchylone usta. – Byłam zaskoczona, to wszystko – oznajmiła wreszcie, gdy się od siebie oderwali.
Nie wiedział w sumie dlaczego, lecz w kilka chwil sytuacja wydała mu się niezwykle zabawna. Patrząc wprost na ukochaną, zaśmiał się, a ona wkrótce dołączyła się do niego. Pamiętał jak oświadczał się Marcie, wtedy jeszcze Natashy oraz Sandrze, ale tamte chwile z pewnością nie były tak… nietypowe.
Wiktoria z całą pewnością nigdy nie była typowa.
— Czyli wyjdziesz za mnie? – ponowił pytanie, gdy skończyli się śmiać.
— Tak – odpowiedziała, choć Gregor i tak już to wiedział.

***

— Wybacz, są lepsi od ciebie. Nie ma miejsca.
Słowa, które właśnie usłyszał, jeszcze bardziej go rozwścieczyły. Kolejny raz w życiu otrzymał nóż w plecy. Walcząc z narastającym bólem oraz rozczarowaniem, ukłonił się delikatnie przed trenerem i przytaknął.
— Rozumiem trenerze – odpowiedział Richard w kierunku Wernera. Jogo głos był tak cichy, że niemal niedosłyszalny.
Nie czekając już na jakąkolwiek reakcję, po prostu odwrócił się i poszedł w przeciwnym kierunku. Kiedy znalazł się już poza zasięgiem czyjegokolwiek spojrzenia, znacznie przyspieszył, niemal biegiem pokonując ostatni odcinek drogi do szatni. Rzucił się na klamkę u drzwi i w ciągu paru sekund zatrzasnął pomieszczenie z drugiej strony.
Nie rozglądając się nawet po pomieszczeniu, zaczął zrzucać z siebie gogle oraz kask. Bez jakiejkolwiek delikatności zaczął niemal zrywać z siebie kombinezon. Kiedy w napadzie złości nie umiał sobie z nim poradzić, wziął szybko w dłonie narty, po czym trzasnął nimi o ziemię. Huk był prawie ogłuszający.
Ale pomógł, choć na chwilę. Przynajmniej na trochę.
Stało się coś, czego najbardziej się obawiał. Przez Martę zaniedbał całkowicie swoje skoki. Nawet jeśli nie spędzał z nią czasu, to myślał o niej, zadręczał się, przez co jego próby na skoczni okazywały się co najmniej rozczarowujące. Nie był w takiej komfortowej sytuacji jak Schlierenzauer i od początku o tym wiedział. U niego w drużynie znajdowali się sami najlepsi z najlepszych, trzeba było więc rozpychać się łokciami. Austria nie miała aż tylu talentów. Nie teraz. Gregor mógł więc nic nie robić, a i tak mało kto mógłby zająć jego pozycję.
Nie wezmą go na Letnie Grand Prix, nie wezmą go do narodowego składu w następnym sezonie, Wszystko spieprzył. Jedyne na co mógł teraz liczyć, to nagła kontuzja któregoś z kolegów z kadry. Tak naprawdę nie życzył nikomu źle. Sam był sobie winien.
Gdyby chociaż coś z tego miał. Gdyby chociaż otrzymał Martę w posiadanie. Gdyby okazała się całkowicie jego. Ale nie. Został całkiem sam. Ani ukochanej dziewczyny, ani miejsca w kadrze, nie miał nic.
Szybkim krokiem zbliżył się do najbliższej ławeczki, a gdy usiadł na niej, ponowił próby zdjęcia kombinezonu. Chciał być spokojniejszy, lecz nie wychodziło mu. Cóż pozostało w jego wnętrzu poza gniewem i rozczarowaniem?
Kompletne zero. On okazał się kompletnym zerem.
Był początek lipca, ale już wtedy temperatury stały się niezwykle wysokie. Niesamowite gorąco co chwila uderzało w jego ciało, a na swojej odsłoniętej właśnie klatce piersiowej, zauważył maleńkie kropelki potu.
Uderzył tyłem głowy o ścianę, którą miał tuż za plecami. Nie pomogło w najmniejszym stopniu. Jedyne na co miał wówczas ochotę to samobójstwo. Właśnie teraz. Tutaj w Klingethal. Na zgrupowaniu niemieckiej kadry.
Przyjaźń między nim a Martą została nagle zerwana. Dziewczyna ogłosiła, że wraca do swojego prawdziwego domu, do Austrii i w ten sposób opuściła go. Próbował do niej zadzwonić, oczywiście, ale okazało się, że ten numer pozostawał już nieaktywny. Całkowicie się od niego odcięła. Szkoda, że nie była w stanie porozmawiać z nim, jeszcze zanim się rozstali. Nie powiedziała mu, że to koniec. Nie oznajmiła, że ma się z nią nie kontaktować. Sama, bez wskazania wyraźnej przyczyny nagle zmieniła numer i w ogóle przestała się z nim kontaktować.
Wiedział, gdzie mieszkali kiedyś jej rodzice. Oczywiście, iż posiadał taką wiedzę. Ale czy narzucanie się jej na siłę, odniosłoby jakiś pozytywny efekt? Prawda była taka, że Richard Freitag ulokował uczucia nie tam, gdzie powinien, a kobieta, którą kochał, zadrwiła sobie z niego. Zakochał się jak ostatni idiota.
— Tutaj jesteś.
Richard wzdrygnął się. Nie usłyszał, żeby ktokolwiek nacisną klamkę i wszedł do pomieszczenia. Gwałtownie odwrócił głowę i spojrzał na przybysza, nie kryjąc zaskoczenia.
— Naprawdę mi  przykro. – Kontynuował, mimo że Richard ewidentnie nie wyglądał na chętnego do rozmowy.
Severin nie czekając na zaproszenie, usiadł obok niego na ławeczce. Freitag w tamtej chwili walczył z coraz większym pragnieniem, aby wyrządzić mu jakąś krzywdę. Stwierdził jednak, że to nie ma sensu, bo jego życie i tak już jest do dupy. Nie odezwał się więc ani nie spojrzał na Freunda.
— Byłem święcie przekonany, że cię wybiorą, w końcu zacząłeś więcej trenować i…
— Daj sobie spokój – przerwał mu nagle, ale o dziwo powiedział to cichym głosem. Mimo wszystko dało się wyczuć gniew. – To już nieważne. Nie wybrano mnie, trudno. Na pewno nie jest mi potrzebny żaden pocieszyciel. Będzie więcej miejsca dla ciebie i twojej chwały.
— Wiem, że mnie nie lubisz, ale tak naprawdę nigdy mnie nie poznałeś.
— Nie odczuwam potrzeby, aby to nadrobić – sarknął. – Za to ty powinieneś zajmować się swoimi sprawami. Na pewno masz co robić. – Richard pochylił się do przodu  i zakrył twarz dłońmi.
— Utrzymanie członków grupy w stanie, który pozwoli im odnosić coraz lepsze rezultaty, uważam za swoją sprawę – odpowiedział bez cienia wątpliwości w głosie. – Jeśli zostaniesz sam jeszcze bardziej się załamiesz, a nikomu to na dobre nie wyjdzie.
— Zawsze masz tę samą śpiewkę? – Richard zwrócił swoją twarz w kierunku Severina. – To już zaczyna być nudne. A bawienie się w samarytanina ci nie wychodzi. Nie jestem już częścią drużyny. Przynajmniej na jeden sezon.
— Nie podoba mi się fakt, że się tak izolujesz.  W grupie zawsze podpierasz ściany. Relacje z innymi skoczkami też są ważne, wiesz?
— Liczą się wyniki na zawodach, a nie koło wzajemnej adoracji – odparował. – Moje życie się trochę… zaburzyło, więc i na skokach nie mogłem się skupić. Gdy to wszystko posklejam, myślę, że będzie w porządku.
— Mówisz ogólnikami, a to niemal od razu skazuje twoje dalsze działanie na porażkę – stwierdził spokojnie Severin. – Liczy się to, w jaki sposób posklejasz i czy w ogóle posiadasz na to odpowiednie środki.
Ustrzelił go. Richard nie spodziewał się podobnej odpowiedzi. Tak naprawdę nie miał pojęcia, co dalej uczynić i czy w ogóle powinien. Widocznie Marta tak bardzo kochała tego Austriaka, że wolała być sama do końca życia. Szczerze wątpił, żeby kobieta zaufała jeszcze kiedykolwiek jakiemuś człowiekowi. Nie po tym co przeszła jeszcze nie tak dawno temu.
Czyżby właśnie uświadomił sobie, że nastąpił koniec gry?
— Po cholerę ja z tobą rozmawiam? – Nagle narosła w Richardzie frustracja, — Zawsze mi się gdzieś pałętasz pod nogami.
Severin parsknął śmiechem.
— Bo nie masz w ogóle towarzystwa, a reszta drużyny nie stara się, aby coś z tym zrobić? W końcu natrafiasz na mnie, a do kogoś trzeba otworzyć buzię.
Znów trafiony. Do tej pory dbał o dobre relacje z Martą i dotychczasowy kontakt z nią wystarczał mu w stu procentach. Teraz gdy jej nie miał, to właściwie został sam. Nie była to zbyt pocieszna wizja. Utrzymywał co prawda kontakt z rodziną, ale tak na dobrą sprawę, rzadko był razem z nimi.
— Czemu w takim razie ty ze mną rozmawiasz? – zdecydował się trochę zmodyfikować pytanie. – Jesteś duszą towarzystwa i wszędzie cię pełno. Nie wierzę, żebyś miał jakieś luki w kalendarzu spotkań towarzyskich – Wiedział, że zabrzmiało to wrednie, ale w obecnej sytuacji i nastroju jakoś nie zbierało mu się na grzeczność. – Poza aspektem „terapeutycznym” chyba nie masz czego szukać w moim towarzystwie.
Przez kilka chwil nic nie mówił, a Richardowi nie zależało jakoś specjalnie na poznaniu odpowiedzi. Zdał sobie sprawę w czasie tych paru chwil, że dalej siedzi półnagi w narciarskim kombinezonie. Nie wiedzieć czemu, poczuł się z tym dziwnie, choć niejednokrotnie przebierał się w tym samym czasie co reszta zawodników.
Podparł się lekko dłońmi, chcąc wstać, ale Severin złapał go mocno za łokieć.
— Nie chodzi mi jedynie o aspekt terapeutyczny jak to określiłeś. – Usłyszał głos Severina niedaleko swojej twarzy. – Po prostu czuję, że nie możesz zostać sam, chcę ci pomóc. To nie litość, to chęć tego, abyś dalej był w kadrze. Jak nie teraz to za rok. Wiem, jak polepszyć twoje skoki.
Było to dziwne, ale niemal w równym stopniu intrygujące. Richardowi nagle odechciało się wychodzić. Z powrotem oparł się o ścianę, patrząc na Freunda z zaciekawieniem.
— Nie wiem, jaki masz jeszcze cel i jaki interes, ale się tego niebawem dowiem. Myślę, że nie chodzi ci jedynie o zawody. To coś osobistego. Coś konkretnie nakierowanego na moją osobę.
Nie był pewien, czy powinien wyrażać swoje myśli na głos, lecz słowo się rzekło. Twarz Severina nie zdradzała zbyt wiele. Uśmiechnął się jedynie, a w szarych oczach pojawił się podejrzany błysk.
— Możliwe – odparł. – Ale nie przejmuj się tym na razie – dodał i położył rękę na jego nagim ramieniu.
Mimo panującego na dworze upału, miał zimną dłoń. Po ciele Richarda przebiegł dreszcz. Jemu samemu było bardzo gorąco, więc taka różnica temperatur spowodowała, że niemal odskoczył.
— Okej, ale bez dotykania – zastrzegł.
Nie wiedział, że od teraz jego życie ulegnie zmianie. Jedyne co miał na swoją obronę to fakt, że to wszystko działo się powoli, bardzo powoli. A on zrozumiał efekt dopiero po latach.

***

Skoki narciarskie od zawsze były czymś, co Wiktorię uspokajało i zapewniało wielką rozrywkę. Siedziała właśnie na kanapie z paczką chipsów w dłoni i oglądała kolejny już konkurs LGP w skokach narciarskich. Wolała co prawda sezon zimowy, ale skoków nigdy nie było za dużo w jej życiu.
Oglądała skoki jeden za drugim, ciekawa końcowego wyniku. Za każdym razem, gdy jakiś Austriak pojawiał się na rozbiegu, mimowolnie spinała swoje mięśnie. Nie posiadała zbyt miłych wspomnień z tą kadrą, a próba gwałtu dalej pojawiała się dziewczynie przed oczami. Nie miała już w sobie strachu ani rozgoryczenia, ale z pewnością nigdy tego nie zapomni.
Kiedy jednak na belce pojawił się Thomas Morgenstern, zadrżała. Z internetu dowiedziała się, że podobno znalazł sobie jakąś nową miłość i nie wrócił do Kristiny. Nie roztrząsała, czy to dobrze czy źle. W dalszym ciągu myślała o nim, ale były to sytuacje sporadyczne, więc nie martwiła się tym zbytnio. Gdy jednak już się tak zdarzało, czuła jedynie smutek. Była tak naprawdę zła tylko na siebie, że przez długi czas pozostawała ślepa i całkowicie błędnie oceniła sytuację.
Przynajmniej czegoś się nauczyła.
Wpatrzona w ekran, obserwowała jak Thomas zjeżdża po rozbiegu, bezwiednie sięgając po kolejne chipsy z torebki. Austriak wybił się i leciał przez jakieś trzy sekundy, gdy nagle zaczął gwałtownie wymachiwać rękami. Całkowicie utracił kontrolę w locie. Komentator w austriackiej telewizji mówił coś szybko i z wielkim przejęciem, ale ona całkowicie nie zrozumiała przekazu. Patrzyła z szeroko otwartymi oczami, jak Thomas z wielką siłą uderza o zeskok, po czym jego ciało bezwładnie osuwa się na sam dół. Kiedy pojawiło się zbliżenie, Wiktoria od razu dostrzegła, że miał całą zakrwawioną twarz, a dodatkowo stracił przytomność. Patrzyła w całkowitym osłupieniu, jak Thomasa otaczają kolejne osoby, a potem zostaje wyniesiony na noszach.
Nie pamiętała zbyt wiele z tamtego dnia. Zanim się spostrzegła, zaczęła płakać. Nie próbowała nawet tego powstrzymać. Ból, jaki poczuła w swojej klatce piersiowej, niemal pozbawiał ją tchu.
Bała się, cholernie się bała. Nie przypuszczała jednak, że to prawdziwy koniec. Nie myślała, że po tym wydarzeniu już nigdy nie zobaczy Morgensterna na skoczni. Nikt nie wiedział.
Kiedy Gregor wrócił do domu, od razu podbiegł do Wiktorii. Nie miał pojęcia, co się mogło stać, ale spodziewał się najgorszego. Nie pytając o nic, mocno przytulił do siebie narzeczoną i głaskał ją po włosach. Wiedział, że prędzej czy później sama mu o tym powie.
Wiktoria długo nie potrafiła zebrać myśli. Relacja z zawodów już dawno się skończyła, lecz ona nie umiała powstrzymać łez. To nie powinno się stać. Czemu on zawsze miał takiego cholernego pecha? Żaden inny skoczek nie upadał tak często, jak Thomas i Wiktoria podejrzewała, że większość z nich wynika z dość ryzykownego stylu skakania. Thomas zawsze maksymalnie pochylał się nad nartami, w celu osiągnięcia odległości. Pochylił się zbyt mocno, znowu.
Kiedy Wiktoria wreszcie uspokoiła się i opowiedziała o wszystkim Gregorowi, on sam natychmiast posmutniał. Wysłuchał, mimo wszystko do końca, co jakiś czas przytakując..
— Każdy z nas jest świadomy ryzyka, jaki ten sport ze sobą niesie. Każdy z nas skacze z własnej woli i na własną odpowiedzialność. Thomas zawsze miał szczęście w nieszczęściu, zazwyczaj jego upadki nie były zbyt groźne. Teraz widocznie jego limit szczęścia się wyczerpał.
Gregor wiedział, iż nie poprawił humoru swojej narzeczonej. Musiał jednak powiedzieć to, co uważał za słuszne. Sam znał świat skoków od strony zawodnika i niejednokrotnie to właśnie on upadał. Nigdy się z Morgim zbytnio nie lubili, jednakże w takich sytuacjach nie liczyły się sympatie. Każdy skoczek wiedział co to znaczy i niezależnie od osobistych uczuć, Gregor odnosił wrażenie, że skoczkowie w takich chwilach jednoczą się ze sobą.
— Mówili, że jego stan jest bardzo, bardzo ciężki – powiedziała drżącym głosem. – A co jeśli on…
— Nie – przerwał jej zanim zdążyła dokończyć. – Tak się nie stanie.
Gregor bardzo wierzył w to, co mówił. Wiedział, mimo wszystko że po tym upadku życie Thomasa się zmieni i jeśli Morgenstern ma choć trochę oleju w głowie, to zrezygnuje z dalszych startów.
— Miejmy nadzieję. – Po raz kolejny wtuliła się w niego.

***

Krzysiek uniewinniony. – Dominika nawet nie przywitała się z nią, gdy Wiktoria odebrała telefon. – Przeciwko Patrykowi zostanie wszczęte postępowanie. Richard bardzo nam pomógł, pojawił się tutaj i zeznawał. Nie zgadniesz z kim przyszedł. Widziałam z nim Severina. Czy on przypadkiem nie związał się z twoją bliźniaczką?
Zatrzymała się, właśnie szła brukowaną drogą, a w jednej ręce miała siatkę z zakupami. Starała przyswoić sobie to, co Dominika do niej powiedziała, ale słowa wypowiedziane z prędkością światła, raczej nie ułatwiały odbioru.
Mężczyzna, który szedł tuż za nią, prawie na nią wpadł, bo stanęła na środku drogi. Trochę skonsternowany wyminął ją i posłał zaskoczone spojrzenie.
— Przepraszam – powiedziała, choć mężczyzna z pewnością już nie mógł jej usłyszeć. – Powtórz jeszcze raz, ale powoli.
Dominika zrobiła tak, jak Wiktoria sobie życzyła. Chwilę później na twarzy szatynki pojawił się uśmiech.
— To cudownie, że tak się to wszystko skończyło – odpowiedziała, po czym wznowiła chód i pokierowała się w stronę domu. – A co do Marty, to ja nic nie wiem – wzruszyła ramionami. – Niby gdzieś tu jest w tej Austrii, ale w ogóle się nam nie rzuca w oczy. To dobrze, że się Richard pozbierał, ona jest złą kobietą dla niego – stwierdziła z przekonaniem.
— Wyglądali jakoś dziwnie razem – powiedziała Dominika.
Wiktoria prychnęła raczej nieprzekonana.
— Co masz na myśli? Raczej wolałabym nie słyszeć o żadnych nowych teoriach spiskowych. Za dużo tego, jak na taki krótki okres czasu.
— Jakoby coś ich łączyło… — szepnęła konspiracyjnie.
Wiktoria nie wytrzymała i wybuchła śmiechem. Ludzie idący obok niej, spojrzeli na nią z wyraźną naganą. Uspokoiła się trochę.
— Niech zgadnę… przyjaźń? Faktycznie niezwykłe zjawisko, doprawdy. Dominika znajdź sobie nowe hobby,
Po drugiej stronie nastąpiła cisza. Dominika raczej nie ucieszyła się z faktu, w jaki Wiktoria reagowała na jej informacje.
Maliniak westchnęła tylko i zaczęła schodzić na dół po małych kamiennych schodkach, które prowadziły nad jezioro. Tylko taką drogą mogła dostać się do celu i praktycznie mogłaby już przejść tą drogą z zamkniętymi oczami.
Rozejrzała się dookoła. Cały teren nad brzegiem jeziora był w całości zajęty przez ludzi. Gregor wspominał jej, że w okresie wakacji jest to szczególnie widoczne. Ludzie uwielbiali tutaj odpoczywać i urządzać spotkania towarzyskie.
— Może faktycznie – wybąkała wreszcie, ale nie wydawała się szczególnie przekonana. – Jest jeszcze jeden news.
— Czekam z niecierpliwością – odparła Wiktoria, odwzajemniając jednocześnie miły uśmiech jakieś kobiety, która siedziała niedaleko jeziora.
— Maciek się odezwał.
Wiktorii na chwilę odebrało mowę. Zdała sobie sprawę, że musiała zrobić wówczas bardzo dziwną minę, więc zamknęła usta.
— Czemu tak nagle? – spytała nie bez zaciekawienia. – Przecież zdawał się to mieć wszystko kompletnie w dupie – przypomniała.
— Okazało się, że zniknął tak nagle, bo nie chciał, aby Daria miała jeszcze większe kłopoty. To miłe z jego strony i w ogóle, ale raczej między nim a Darią już nic nie będzie. Zostali kumplami.
— To w sumie dobrze – stwierdziła Wiki. – Przecież prawie w ogóle się nie znają. Poza tym szczerze wątpię, że Daria będzie gotowa na jakiś związek w najbliższym czasie. Ta cała… tragedia bardzo na nią wpłynęła.
— Masz rację. Najważniejsze, że się bracia w końcu pogodzili. Kuba miał do Maćka wielki żal, że go olewał. Zawsze byli sobie bliscy, a ten tak nagle przepadł… podobno tylko Richard miał z nim kontakt.
Wiktoria prychnęła. Raczej nie zaskoczyła ją ta informacja.
— A z kim Richard NIE ma kontaktu? Ten facet mnie trochę przeraża. Wszystko wie i wszystko widzi. – Wiktoria znów weszła na schody. Tym razem prowadziły do góry.
— Łącznie z tym co jadłaś dziś na śniadanie – zaśmiała się.
— Mnie to wcale nie śmieszy. Wcale bym nie była zaskoczona, choć z drugiej strony nie wiem, na cholerę by mu były takie wieści.
— Mógłby biografię o tobie napisać.
— Tak, bo moje życie jest bardzo pasjonujące – zadrwiła. – Jak się ma Daria?
— Cały czas jest z nami i chyba tak będzie przez dłuższy czas. Wciąż się rehabilituje i usamodzielnia, ale tak naprawdę nie wiadomo ile będzie w stanie zrobić i w jakim stopniu jej ta rehabilitacja pomaga.
Maliniak pokiwała głową, choć Dominika nie mogła tego zobaczyć.
—  Miejmy nadzieję, że ułoży się nam wszystkim.
— Lubię happy endy.
— Ja też – przyznała Wiktoria. – Ja też.
— Krzysiek wracając do twojej siostry popełniłby największy błąd swojego życia – powiedziała. Na szczęście chyba tego nie zrobi. Na tej Sali rozpraw był bardziej niż wściekły, a to wszystko przez nią. Naprawdę, gdybym wiedziała, że ona jest taka nienormalna, to już dawno sama bym ją zabiła.
— Ja się musiałam z nią całe życie użera – odparła z przekąsem. – Strach pomyśleć, co ona może z tym swoim bachorem zrobić, jak została samotną matką.
— Pewnie twój ojciec jej pomoże – stwierdziła Dominika. – Czekaj, ty się martwisz losem dziecka?
— Nie przesadzajmy – zgasiła ją Wiktoria. – Na pozostanie z nią sam na sam, to nawet najgorszy wróg nie zasługuje. Czasem się zastanawiam, jakim cudem jesteśmy aż tak blisko spokrewnione.
— A może adoptowana? – W głosie blondynki dało się słyszeć nutkę rozbawienia.
— Koniec teorii spiskowych powiedziałam.
Wiktoria Maliniak w trakcie tamtej rozmowy faktycznie poczuła, jakby kończył się pewien rozdział w jej życiu. Pewna historia dobiegała końca. Mimo że nie wszystko było jak w bajce, to i tak posiadało więcej plusów aniżeli minusów. Z tego należało się cieszyć.

A w styczniu dwa tysiące piętnastego roku czekał ją ślub.

__________
Koniec.
Może nie jest to wymarzone zakończenie, a wręcz bardzo słabe. Jednak gdy się pisze coś przez prawie trzy lata, to niejednokrotnie zmienia się nasz punkt widzenia, przez co wychodzi galimatias. Ja sama zakładając bloga, nie sądziłam, że zajmie mi to aż tak wiele czasu. Zaczynałam będąc dziewczynką. Za równe dwa miesiące natomiast będę już dorosłą kobietą, przynajmniej według polskiego prawa :) Wiem, że pozostaje wiele niejasności, ale postaram się je objaśnić w epilogu. A nie będzie to epilog taki zwyczajny, gdyż nie spotykamy się po miesiącu, dwóch miesiącach, roku, czy pięciu latach.
Dowiecie się co zdarzyło się w przeciągu PIĘTNASTU lat od zakończenia rozdziału 53 :)
Wiktoria, Gregor, Thomas, Richard, Severin, Marta, Dominika, Kuba, Daria, Maciek, Sandra, Magdalena, Andreas, Krzysztof już teraz mówią wam jednak papa :)
I przepraszają was za wszystkie niedoskonałości jakie posiadają, ale w sumie to nie ich wina, skoro kreowała ich piętnastolatka, wtedy nawet czternastolatka, bo piętnaście miałam nieukończone. 
Epilog gdzieś w kwietniu najpewniej.
Większe podsumowanie tego bigosu pod Epilogiem będzie.

DZIĘKUJĘ ZA 60 000 wyświetleń.